15 gru 2017

Uszyj sobie notes

Być może przed świętami nie macie głowy do prac ręcznych, bo już tylko pierniki, sprzątanie i zakupy, ale dla tych, którzy obchodzą grudniowe szaleństwo szerokim łukiem, mam propozycję na wykorzystanie zbędnych kartek, które i tak walają się po domu. Zrób z nich notes. Nic nie zastąpi papieru - żadna aplikacja w telefonie ani program komputerowy, ani zmyślny system magnesowych czy kredowych tablic.
Rok temu (a może dwa?) brałam udział w warsztatach robienia książek/notesów a opolskiej Galerii Sztuki Współczesnej, ale była to kilkudniowa, dosyć żmudna praca, wymagająca dokładności i cierpliwości. Metoda jest opisana na tym blogu: www.zrobtosama.pl.
Powstały piękne prace, choć zaliczyłam jedną wpadkę okładkową (nierówno przycięty grzbiet, złamał całą okładkę). Była to świetna przygoda, choć gdybym to miała robić w domu, to zniechęciłabym się trzy razy...


Zdjęcia pobrałam z fanpage'u galerii (BTW - uwielbiam naszą GSW - za cudowne warsztaty i aktywności okołowystawowe - tu można poćwiczyć jogę, nauczyć się robienia kimchi, wymienić się roślinkami, ozdobić sobie torbę czy koszulkę, przyjść na koncert lub film - love). Więcej zdjęć na blogu Gosi (gosiaw-prace.blogspot.com).

Duża szybszą metodą jest szycie książek/notesów metodą ściegu koptyjskiego, choć w necie widzę, że tutoriale są także pod nazwą japanese binding (moze ktoś bardziej obeznany wytłumaczy dlaczego?). Zszywanie grzbietów i okładek kolowymi nićmi daje nieskończone możliwości zdobnicze.


A oto najprostsza metoda:


Na jutiubie znajdziecie mnóstwo instrukcji:



A tu opis po polsku i do tego cudowne zastosowanie kartek różnego rodzaju i wielkości - full upcykling, spójrzcie koniecznie, bo cały blog Biurkowej jest tego warty: biurkowa.blogspot.com

9 gru 2017

Film na niedzielę: Mafia i pomidory (La Nostra Terra)

Mafia i pomidory to film inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, przynajmniej taka informacja pojawia się na początku onego. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana - grupa osób zakłąda kooperatywę spożywczą na ziemi, którą wcześniej przejął lokalny mafioso. Oczywiście początki są trudne...
Temat może wydawać się śmieszny, ale rzeczywiście we Włoszech mafia kontroluje nie tylko biznes narkotykowy, ale także rolnictwo. Przejmowanie ziemi, składowanie niebezpiecznych odpadów, fałszowanie żywności, inwestowanie mafijnych pieniędzy w produkcję żywności - jakkolwiek egzotyczne nam się to wydaje, to się dzieje naprawdę (tu).
A film to w zasadzie komedia, a przynajmniej z happy endem. Może nie jest to mistrzowskie kino (raczej na pewno nie jest), ale jeśli akurat nie macie lepszych propozycji, to nie będziecie bardzo cierpieć przy oglądaniu. A już zwłaszcza zainteresowani mogą być fani kooperatyw, RWSów i spółdzielni socjalnych - kilka scen jest po prostu w punkt.
Obejrzeć można na przykład na CDA: Mafia i pomidory


4 gru 2017

Kalendarz adwentowy - Fair Trade

Chociaż era DIY kalendarzy adwentowych w naszym domu skończyła się definitywnie, to i tak są to najchętniej wyświetlane wątki na tym blogu :-P
Sam upcykling też już mnie nie kręci (bo zazwyczaj ani to ładne, ani funkcjonalne, a i tak skończy na śmietniku), za to idea, żeby codziennie zrobić coś dobrego to już dużo bardziej.
Zatem ateiści mogą to potraktować jako wyzwanie, ale rzucam wam pomysł na 3 kalendarze.
Jeden promujący życzliwość ze strony Action for happiness:


Drugi - promujący Fair Trade. Bonus - jest po polsku, a przy okazji można wziąć udział w konkursie i coś tam wygrać. Szczegóły tu: www.fairtrade-advent.org


wyzwanie promujące #osiędbanie:

***
Zajrzyj też tu:
kalendarze adwentowe DIY cz.1
kalendarze adwentowe DIY cz. 2
kalendarze adwentowe DIY cz. 3
Kalendarze adwentowe cz. IV
Kalendarze adwentowe-last minute

22 lis 2017

Urok studzienek kanalizacyjnych

Bez sprawnie działającej  kanalizacji nie byłoby życia, absolutnie. A studzienki aż kuszą do street artu...
Mark Jenkins widzi to tak:

Ale koniecznie zobaczcie jego inne prace, bardzo bardzo.

Podobny koncept, nie wiem czyj:

z kolei inny anonimowy artysta miał taki pomysł:

a to ponoć z Hamburga:


To znów trudno dojść czyje:









A to zmalował Tom Bob z Nowego Jorku:




A to Mr X:



 I jeszcze pomysł na ozdobienie koszulki studzienką :-)


A to moja ulubiona:


18 lis 2017

Zero Waste, czyli pokochaj swój dom

Oto jest dzień obiecywanej przeze mnie recencji książki Bea(Bei?) Johnson pt. Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas. W oryginale tytuł brzmi Zero Waste Home. The Ultimate Guide to Simplifying Your Life by Reducing Your Waste i nie wiem, czym kierował się polski wydawca decydując się na takie zmiany, może poradniki ze słowem "pokochaj" w tytule lepiej się sprzedają? Oby...



Sama książka mi się podobała, choć niektóre porady w niej zawarte sa kuriozalne (kompostuj włosy, paznokcie, kłęby kurzu i wełniane kłaczki ze swetrów). Niektóre za to bardzo mi się podobają (np. wzory listów do producentów i sprzedawców - rozdział Zaangażuj się) Rozsądny podział na pomieszczenia domowe (zero waste w kuchni, łazience, sypialni, biurze) pomaga przejść od razu do tematów, które są nam bliskie. Jest też rozdział poświęcony sprzątaniu, stołowaniu się poza domem (ale nie doszłam jeszcze do etapu noszenia ze sobą pojemnika na żywność, kiedy chcę coś kupić na wynos) i świętowaniu (przygotowania, prezenty, dekoracje), który warto przeczytać w kontekście zbliżających się nieuchronnie świąt Bożego Narodzenia (czyli konsumpcji).
Poradnik czyta się dobrze, struktura jest przejrzysta, przepisy na domowe środki czystości czy kosmetyki są wyróżnione i łatwe do znalezienia.

A tu grafika z bloga Ekologika :-) Do pobrania stąd: http://ekologika.edu.pl/wp-content/uploads/2017/07/mapa_zero_waste.pdf


Ma też ta opowieść swoje wady - przede wszystkim napisana jest przez Amerykankę (cóż, że francuskiego pochodzenia) z amerykańskiej perspektywy i realiów, a nie ukrywajmy moda na zero waste to moda pierwszego świata. Jeśli ktoś mi radzi, żebym zmieniła większy dom na mniejszy, bo mały lepiej się sprząta i wymusza na mnie ograniczenie rzeczy, no to, ykhm, tak...dzięki Bea za tę poradę :-)
Problemy białej wykształconej Amerykanki z klasy średniej (lub nawet wyższej niż średniej) dotyczące wielkości domu, ilości samochodów na rodzinę (tak, nie każda osoba w rodzinie musi mieć swój własny samochód), miejscem do przechowywania rzeczy (wykupić oddzielny magazyn czy wystarczy garaż i piwnica?) nie są (i pewnie nigdy nie będą) moimi problemami (chociaż też jestem białą wykształconą heterokobietą z klasy prawie średniej).
Na szczęście sama Bea dostrzega z jak bardzo uprzywilejowanej pozycji prowadzi narrację, bada też granice bycia zero waste. Tutaj dochodzimy do drugiego punktu, który sprawia, że nie utożsamiam się z ideą zero waste. Jest po prostu utopijna. Nie da się być bezodpadowcem. Sam fakt życia jako człowiek wystarczy, żeby generować dużo odpadów, już od chwili poczęcia i jedyne co możemy zrobić, to starać się tę ilość zredukować, ponownie używać i recyklingować (3R). Ale nie osiągniemy nigdy stanu zero waste, nie ma bata. I nawet jeśli wszyscy producenci na świecie zrezygnują z produkcji plastiku, to pamiętajmy, że piewsza torebka foliowa, która powstała w 1965 wciąż jeszcze się nie rozłożyła. Prawdopodobnie plastik krąży już w naszych żyłach, skoro jest w wodzie, ziemi i powietrzu. Sorry, taki mamy klimat. Więc fakt, że na zakupy chodzisz ze swoją płócienną torbą niewiele zmieni, i tak toniemy w tym gównie.



Zresztą o swoich dylematach związanych z ideą Zero Waste już kiedyś obszernie pisałam tu. 

Co powinniśmy robić? Edukować (głównie dając dobry przykład, więc tu jest duże pole do popisu dla ludzi podążających ścieżką zero waste) i wywierać nacisk na producentów i korporacje (np. wspierając małe lokalne biznesy, które umożliwiają zakupy bez zbędnych opakowań).



To trochę jak walka z wiatrakami, ale może pokolenie naszych dzieci będzie skuteczniejsze. W takiej działalności edukacyjnej książka "Pokochaj swój dom" może się sprawdzić, więc jeśli chcecie kogoś zarazić ideą, to jak najbardziej. Zresztą sama chętnie podam dalej swój egzemplarz - kto chętny, proszę się zgłaszać w komentarzach :-)

30 paź 2017

Cała Polska widzi zioła, czyli jak nie zostałam zielarką - fitoterapeutką

Hm, pierwotnie miał to być wpis o akcji o akcji Cała Polska widzi zioła organizowanej po raz kolejny z inicjatywy Herbiness. Ale będzie o tym, jak jednak nie zostałam dyplomowaną zielarką :-)
A było to tak, że jeszcze w maju zapisałam się na roczny kurs "Zielarz-fitoerapeuta" Instytutu Medycyny Klasztornej w Katowicach.  Ciężko było wrócić po latach do studenckiej ławki (zajęcia odbywają się na Politechnice Śląskiej) i to w trybie zaocznym, który wymaga 8 godzin wykładów dziennie. No, ale sama chciałam :-) Jednak po drugim zjeździe mój entuzjazm opadł na tyle skutecznie, że postanowiłam zrezygnować.
Powody?
Masa ludzi - ok. 250 osób na roku, a program kursu to w zasadzie tylko i wyłącznie teoria - same wykłady. To prawda, że z ważnymi w zielarskim światku osobistościami, ale jednak... Zero ćwiczeń, zero warsztatów i tylko jeden spacer ziołowy w planie - w maju. Ale w podziele na dwie grupy, co oznacza, że jedna grupa będzie miała powyżej 100 osób - nie potrafię sobie wyobrazić, jaka to będzie męczarnia :-P
Kameralne spacery roślinne wydaja sie być dużo lepszą opcją poznawania ziół.

Poniżej fotki by Natalka z wrześniowego spaceru prowadzonego przez liderkę opolskiej grupy Poszukiwaczy Roślin - Olę:


Wracając do kursu w Katowicach - na drugim zjeździe odbył się tak niekompetentny wykład (a raczej próba czytania prezentacji w pałerpojncie) pewnej pani magister, której nazwiska z litości nie przytoczę, że żal było słuchać. Całe szczęście, że postanowiłymy z koleżankami-zielarkami spędzić ten czas produktywniej i pojechałyśmy na wagary do Śląskiego Ogrodu Botanicznego w Mikołowie.



Następnego dnia rozważyłam więc wszystkie za (uzyskanie wiedzy teoretycznej, nowy zawód uprawniający do prowadzenia m.in sklepu zielarskiego, aspekt towarzyski) i przeciw (brak wiedzy praktycznej, a teoria jest przecież w książkach i internetach, nie zamierzam w przyszlości prowadzić sklepu zielarskiego i nie potrzebuję na to papierów, męczące logistycznie zjazdy, no i koszty, koszty) i postanowiłam zrezygnować z zajęć. Niestety wpisowe i opłata za dwa zjazdy przepadły, a zatem tych kilkanaście godzin wykładów z dr Różańskim (z panteonu polskich zielarzy) słono mnie kosztowało :-> Coś tam jednak zapamiętałam i notatek mam całkiem sporo. Dokształcać się będę dalej na własną rękę oraz na warsztatach i spacerach. A potem się zobaczy :-)


8 paź 2017

Land art #2

Sztuka krajobrazu zrobiona z liści, szyszek, żołędzi, patyków - idealna aktywność na jesień.
Inspiracji szukajcie w grupie na Flickr: Land Art For Kids i na profilu Richarda Shillinga (zdjęcie poniżej przedstawia jego dzieło):


(streuwerk via Flickr)

Seria Natural Impressions by Julian Jones -Pittman

 Tim Pugh - environmental artist

2 paź 2017

Darmowe e-booki i publikacje na jesień

Nie miałam ostatnio czasu na bloga - po wakacjach nagromadziło się tyle akcji i atrakcji, że zanim się zorientowałam, to okazało się, że pierwszy wolny weekend mam w listopadzie... Warsztaty stolarskie, rozpoczęcie kursu Zielarz -Fitoterapeuta w Katowicach, Baśnie Ludów Ziemi, warsztaty układowych tańców tradycyjnych, warsztaty z samoobrony dla kobiet, tańce w kręgu, spacer roślinny, warsztaty herstoryczne + krótka wizyta w szpitalu - i to wszystko (wierzcie mi lub nie) - wydarzyło się we wrześniu.
Październik wcale nie będzie spokojniejszy, ale obiecuję przynajmniej recenzję książki Bei Johnson - Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas, która ukazała się niedawno w Polsce ku uciesze rosnącej społeczności rodzimych "bezśmieciowców".

A póki co kilka linków dla miłośników bezpłatnych e-booków i publikacji:
1. Wydany przez IKEA e-book dla wegan: Dla planety - Vege guide


(ilustracja z fp IKEA)

2. Dla fanów kartonu i DIY - instrukcja, jak zrobić pufę z tektury: kratownica by Desing Di Nova


Info z fp:
Pomiędzy kształcącymi podróżami, spotkaniami z twórcami i kreatywnymi zleceniami, designdinova wciąż działa w temacie promocji trendu zero-waste w Polsce.
"KOSTKA" rozpoczyna serię podręczników, w których w przystępny sposób wyjaśniam, jak samodzielnie wykonać masę pożytecznych i estetycznych przedmiotów przy użyciu materiałów pochodzących z recyklingu. Polska wersja jest już dostępna do pobrania tutaj:
https://designdinova.files.wordpress.com/…/kartonowa_kratow…

E-book w formacie .pdf jest dostępny na bazie licencji Creative Commons -- można go więc swobodnie powielać i udostępniać, z uznaniem autorstwa i wyłącznie w celach niekomercyjnych.
Pobierajcie, Dzielcie się, Twórzcie!

3. No, i cała masa publikacji z Radzionkowa - o drzewach i krzewach, roślinach leczniczych, zwierzętach, porach roku. Zeszyty edukacyjne ze Śląskiego Ogrodu Botanicznego - bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy :-)

Polecam też zajrzeć na podstronę mojego bloga z linkami do wszelakich ekopublikacji - jestem pewna, że coś dla siebie wybierzecie. Możecie też podsyłać wasze znaleziska!

7 wrz 2017

Dostałam maila, czyli warto czytać newslettery

Czytacie newslettery? Bo ja, przyznaję się, wiele subskrybuję, ale tylko kilka z nich czytam regularnie i sumiennie.
Ogólnie newslettery w mojej skrzynce mogę podzielić na te typowo komercyjno-sprzedażowe (Woblink, iBOOD), błagalno-żebrzące (o podpis jakiejś petycji lub donację - Akcja Demokracja, avaaz, PAH, wspieramto) i informacyjne (te lubię najbardziej, nawet jeśli raz na jakiś czas próbują mi coś sprzedać - Latająca Szkoła, pracownia k., Moonset).
Grupa pośrednia to newslettery do których zaglądam czasem, bo tytuł mnie zaciekawi albo kliknę, żeby zobaczyć, co tam jest, zanim wyślę do kosza.
Między nimi jest newsletter Fundacji Sendzimira (która kiedyś koordynowała akcję Tydzień inny niż wszystkie oraz newsletter Pracowni na rzecz Wszystkich Istot (to jedna z pierwszych organizacji, do których "byłam zapisana" i nawet płaciłam jakieś składki).
Z newslettera Pracowni dowiedziałam się, że rusza nabór na nowy Kurs dla Strażników/Strażniczek Klimatu. Nie uczestniczyłam we wcześniejszej edycji, ale ponoć warto. Program jest zachęcający, kurs jest całkowicie bezpłatny (dojazd jednak trzeba zapewnić we własnym zakresie), więc aplikujcie (do 8 października).


Innym wydarzeniem, o którym warto wspomnieć jest udział w rykowisku, czyli spacery przyrodnicze w Puszczy Białowieskiej. Za młodu miałam okazję usłyszeć rykowisko właśnie tam, czyli w Białowieży, niezapomniane wrażenie, must feel it.
Szczegóły akcji Rykowisko dla jeleni, nie dla myśliwych tu: puszcza.pracownia.org.pl/rykowisko .



Natomiast Fundacja Sendzimira oferuje bezpłatną publikację coachingową - zeszyt ćwiczeń Żyj marzeniami! Zacznij tu. Zacznij teraz. (można pobrać PDF i wydrukować sobie tylko te strony, które potrzebujesz). Można też zamówić w wersji papierowej (płaci się tylko za koszt przesyłki).


A wy czytacie newslettery? A jeśli tak, to które polecacie?
I tak sobie myślę - czy chcielibyście dostawać raz na jakiś czas newsletter od Ekomanii? Jeśli tak, to o czym? Ciekawostki, herstorie, linki do wydarzeń, porady, ecoaching lub eko coaching (cokolwiek to jest), złote myśli i cytaty z lektur, wegańskie przepisy na obiady za 5zł, zioła dobre na wszystko? Dajcie znać, bo myślę nad zmianą formuły bloga :-)

31 sie 2017

Jadłodzielnia rusza w Opolu!


Ostatnio z każdej strony trafiam na temat (nie)marnowania jedzenia, jakieś synergiczne poruszenie w tej kwestii.
We wczorajszej Polityce pisze o tym najlepiej  - "Warzywa prosto z pola dla każdego.Zróbmy sobie RWS"Marta Sapała - autorka książki mniej (love).
Poza tym zajrzyjcie do artykułu Asji Michnickiej "Jak skończyć z wyrzucaniem jedzenia - sprawdzone sposoby" w Igi Magu i Magdy Kurowskiej Jedz, dziel się i kochaj. Fenomen jadłodzielni i foodsharingu w wecrowd.pl.
Zbiegło się to także z otwarciem pierwszej opolskiej Jadlodzielni - już jutro!

Jest mały feler - Jadłodzielnia, czyli społeczna lodówka, będzie czynna tylko w godzinach otwarcia Graciarni (od 11 do 16.00), a ja wtedy pracuję :-/ Trudno więc będzie skorzystac, czy to jako dawca, czy biorca...
Idealnie by było gdyby Jadłodzielnie były obecne w każdej dzielni, być może w formie Małych Sąsiedzkich Spiżarni (na wzór Little Free Libraries):



zdjęcie z www.littlefreepantry.org, a właściwie z fp Little Free Pantry

Najlepiej od razu w połączeniu z Giveboxem :-)

Ale póki co, zostają po prostu sąsiedzkie wymianki (ostatnio nać z pęku dorodnych ekomarchewek z kooperatywy oddałam znajomej, która ma króliki) i przemyślane zakupy. Jest też aplikacja na smartfony, ale nie wiem, czy Polska z niej korzysta. jakby co, to dajcie znać: olioex.com.
No, i nacisk na sieci sklepowe (zwłaszcza dużych graczy), żeby nie wyrzucali żarcia tylko z powodu naruszonego opakowania czy lekko przekroczonego terminu ważności. Albo żeby chociaż ułatwili dostęp do swoich śmietników, freeganie będą wdzięczni.



No, cóż teorię znam nieźle, kuchenny recykling rządzi. Udało mi się ograniczyć (niemalże do zera) wyrzucanie chleba - po prostu kupuję go mniej, a z ewentualnych resztek robię grzanki (odświeżam kromki chleba w piekarniku, wpierw skrapiając je wodą lub kroję w kosteczkę i podpiekam,  a potem przesypuję do pojemnika). Odpadki cytrusowe zalewam w słoiku wodą i robię z nich ocet do sprzątania (do mycia naczyń, kuchenki, itp.) Bardzo dojrzałe banany ratuję przez zamrażanie (potem do koktajli jak znalazł). Wypróbuję też pomysł Jadłonomii na gotowanie bulionu z resztek warzyw:

"Obierki marchewki i pietruszk, szypułki pomidora, nóżka pieczarki, zielone liście pora lub czapka bakłażana – tych resztek nie trzeba wyrzucać. Wystarczy za każdym razem zamiast do śmietnika wkładać je do plastikowego pudełka PRUTA, które trzymamy w zamrażarce. Kiedy pudełko się zapełni wszystkie resztki wystarczy podsmażyć na łyżce oleju, dodać wodę oraz szczyptę soli i ugotować wspaniały bulion z recyklingu. Im więcej różnych resztek tym pyszniejszy bulion!"  
(źródło


ale i tak...

Ostatnio sprzątałam lodówkę i do kosza powędrowały: słoik z baaardzo starym i podejrzanie już wyglądającym zakwasem (naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio piekłam chleb), słoik napoczętego dżemu (niestety spleśniał), słoiczek z resztką przecieru pomidorowego (to samo), słoik z resztką domowego sojonezu (nie miałam odwagi ratować tego słoika i babrać się z tą masą), jakieś stare jajka przepiórcze (dostałam kiedys w prezencie i zapomniałam), 3 marchewki (zwiędły i zasuszyły się w pojemniku na dole). Dumna z siebie nie jestem, obiecuję poprawę :-/
  
 

27 sie 2017

Wytłoczki na jajka #3 - lifehacki

W sumie ten wpis miał być o czymś innym, bo przecież nie jem jajek, ale tych kilka lifehacków mnie urzekło :-)

(stąd)


Paleta (stąd)


Podstawka pod notebooka:

Przyborniczki, igielniczki, lakierniczki (tu)




Abażur:



 ***
O wytłoczkach: 
 1
 2

22 sie 2017

Stolarka dla kobiet

Już nie moge doczekać się soboty i pierwszych warsztatów stolarskich w ramach projektu Załoga G.
Nie miałam jeszcze okazji pracować z drewnem - oprócz szlifowania palet podczas warsztatów paletowych. I oprócz wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, kiedy wujek pozwolił mi coś oheblować w swoim warsztacie. Zapach świeżych wiórów, to prawie jak zapach świeżo skoszonej trawy (czyli w pierwszej dziesiątce mojego TOP Smell). Ale wkrętarki czy piły jeszcze nie używałam, więc czas najwyższy spróbować czegoś nowego :-)

Na początek półeczka, a potem może coś bardziej skomplikowanego, zobaczymy.
Kusi mnie taki projekt (dla początkujących):


Instrukcja: www.instructables.com/id/The-Awesomest-Jelly-Bean-Dispenser-Ever

Parawan też wydaje się prosty (zawsze chciałam mieć parawan):




Podoba mi się też wysuwana szafko/półka, coś w tym stylu:


Gdzie bywać?
www.kobieta-majsterkujaca.pl 
blog-stolarski.pl 
www.domidrewno.pl 
www.panfleks.pl 
majsterki.pl 

19 sie 2017

Film na niedzielę: Okja

Okja, określana w recenzjach jako wegańsko-antykorporacyjna bajka dla dorosłych,  jest idealnym ekofilmem na niedzielę. Znajdziecie tu bojowników Frontu Wyzwolenia Zwierząt, wrażliwe ogromne świnie, parodię Monsanto, urocze krajobrazy, pościgi, a to wszystko w familijno-komediowej tonacji, która z biegiem akcji staje się coraz bardziej dramatyczna. Czyli i pośmiac się i popłakać można. Ze starszymi dzieciakami też - może to być dobry punkt do rozmowy o weganizmie, prawach zwierząt, konsumpcjonizmie, reklamach, greenwashingu itp.
Można obejrzeć w dobrej jakości na platformie Netflix (pierwszy miesiąc próbny za darmo. Niestety wciąga).


15 sie 2017

Wypisy i ilustracye z historyi naturalney

Uwielbiam internet! Wystarczy kilka kliknięć i można zapisać się na bezpłatny kurs rysunku przyrodniczego Drawing Nature, Science and Culture: Natural History Illustration 101 (zapisałam się, a jakże).




O co chodzi z historią naturalną? Kopiuję wyjaśnienie ze strony HistoriaNaturalis.pl
(must visit!): 
'Pod takim tytułem znane było dzieło życia Gaiusa Pliniusa Secundusa
(23 r n.e. – 79 r. n.e.), rzymskiego pisarza i historyka (zwanego Pliniuszem Starszym), będące pierwowzorem systematycznej encyklopedii. Pliniuszowa Naturalis Historia zawierała kompletny wykład ówczesnego stanu wiedzy z takich dziedzin jak kosmologia, botanika, zoologia, farmakologia, mineralogia i metalurgia. Dzieło składało się z XXXVII ksiąg, zawierających w sumie 2493 paragrafów. Źródła, z których korzystał Pliniusz, obejmowały teksty blisko 500 autorów. Praca Pliniusza stała się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń przyrodników piszących własne „historie naturalne” i przez ponad półtora tysiąca lat funkcjonowała jako źródło pewnej wiedzy o świecie przyrody – np. pierwszy wybitny polski zoolog, Jan Jonston z Szamotuł (Jonstonus) w dziele nie przez przypadek zatytułowanym Historia Naturalis (Frankfurt, Amsterdam 1650-1653) - podobnie jak inni przyrodnicy tamtego okresu - twierdził, że zamierza jedynie przedstawić całość świata zwierzęcego w oparciu o najznakomitszych uczonych starożytności – Arystotelesa i Pliniusza. Tytułowanie prac przyrodniczych „historiami naturalnymi” było popularne aż do drugiej połowy XIX wieku."

Dotychczas ilustracja przyrodnicza kojarzyła mi się wyłącznie z tablicami edukacyjnymi w sali biologii lub na ścieżkach dydaktycznych oraz z fanpage'ami Stare obrazki ze zwierzętami (koniecznie!) i Stare obrazki z roślinami.


Rysowanie z natury to niełatwa sprawa (utknęłam przy muszelce) i żeby osiągnąć poziom mistrzowski nie wystarczy miesięczny kurs w internetach. Oczywiście w pewnym momencie człowiek zadaje sobie pytanie - po co się szkolić w sztuce kopiowania natury w czasach aparatów fotorgaficznych, kamer i dronów, które zarejestrują wszystko i wszędzie?
No cóż, a jeśli nastąpi blackout i zabraknie internetów? Wtedy realistyczne rysunki wrócą do łask (na równi z umiejętnościami bushcraftu, survivalu i kooperacji). Ma też ilustracja naturalna inne zalety - uczy obserwacji, dostrzegania szczegółów, proporcji, perspektywy. Prawie jak medytacja. Poza tym inwestycja w szkicownik, kilka ołówków, cyrkiel, lupę i linijkę nie nadwyręży budżetu tak jak digitalne elektrogadżety.




Pierwsze zadanie domowe z kursu to, oprócz skompletowania przyborów rysunkowych, wyszukiwanie lokalnego ilustratora/ilustratorki historii naturalnej, znalezienie linku do jego/jej strony i podzielenie się z pozostałymi słuchaczami kursu.
Podeszłam do sprawy metodycznie, czyli wpisałam w Google: polska ilustracja przyrodnicza. No, i co? Dostałam linka do pracy Jakuba Jakubowskiego pt. Dawna polska ilustrowana książka przyrodnicza (XVII–XIX wiek). Z naukowego wywodu można wyłuskać, że w tym czasie pojawiło się sporo publikacji dotyczących historii naturalnej o smakowitych tytułach typu Historya naturalna krótko zebrana dla młodocianego wieku (Warszawa 1869). Było kilku znaczących polskich wydawców i ilustratorów (czasem w jednej osobie). Ich prace graficzne powielano dzięki miedziorytom (linoryt pojawił się później). I to musiało wystarczyć ówczesnym ludziom żądnym wiedzy o historii naturalnej i przyrodzie.

Więcej smaczków: Między autorem a drukarzem. Dobór ilustracji w Historia naturalis Jana Jonstona
Przyrodnicza książka ilustrowana

Jeśli chodzi o dawne wieki, to nie natknęłam się na żadną ilustratorkę, choć ponoć kobiety często pomagały w tej kwestii. przyrodnicy tworzyli wokół siebie artystyczny krąg, do którego niejednokrotnie należały związane z nimi kobiety *(na przykład córki J.T. Kleina) lub obdarzeni zaufaniem ilustratorzy, z którymi współpracowano zwykle na przestrzeni wielu lat (choćby A. Stech w przypadku J. Breynego; J.F. Mylius i P. Böse w przypadku J.T. Kleina).
*  Było to zjawisko rozpowszechnione w całej Europie epoki oświecenia, aż po wiek XIX. O roli kobiet ilustratorek w rozwoju botaniki epoki wiktoriańskiej por. J. Endersby, Seeing, [w:] Imperial Nature: Joseph Hooker and the Practices of Victorian Science, Chicago-London 2008, s. 120–121.


Natomiast po linkach do kłębka natrafilam na wzmiankę, że w 2009 roku polska briolożka doc. dr hab. Halina Bednarek-Ochyra z Instytutu Botaniki PAN im. Władysława Szafera w Krakowie otrzymała nagrodę im. Jill Smythies przyzwaną przez angielskie Towarzystwo Linneuszowski za najlepszą ilustrację botaniczną (via Nauka w Polsce).
Popularnym ilustratorem jest Robert J. Dzwonkowski - nie ma chyba własnej strony, ale jego rysunki znajdziecie w wielu książkach (m.in. Młody obserwowator przyrody, Znajdź nas! Woda, łąka, las., 1001 faktów o roślinach, Poznajemy owady. Przyroda polska. Przewodnik).

Warto przy okazji wspomnieć o dwóch książkach czerpiących z tej tradycji, które zostały pięknie wydane w Polsce przez Wydawnictwo Dwie Siostry.

Animalium. Muzeum zwierząt i Botanicum. Muzeum roślin 

Przyciąga także oko zakamarkowa seria "ilustrowany inwentarz", póki co w trzech częściach - drzew, zwierząt i ptaków

Obie serie ilustrowane przez kobiety :-)

Gdzie jeszcze szukać starych rycin?
Np. tu: Botanical.illustrated
lub tu: www.laminerva.pl
Lub wskazówek, jak rysować przyrodę: Natural History Illustration 101